poniedziałek, 2 listopada 2015

,,Myszy i koty'' Gordon Reece

Autor: Gordon Reece
Wydawnictwo: Amber
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 2011
Liczba stron: 272
Oprawa: miękka
Kategoria: thriller/sensacja/kryminał

Cena z okładki: 32,80 zł

Już trochę długo mnie tu nie było, ale pewnie sami ledwo co wyrabiacie z blogowaniem. Sprawdzian za sprawdzianem. Ehh..niestety. Ale dobra, przejdźmy do dzisiejszej recenzji. Myszy i koty. Shelly i jej mama dużo przeszły. Mama- okrucieństwo męża, Shelly- przemoc z rąk szkolnych koleżanek. Mają za sobą koszmarne wspomnienia. Chcą od tego uciec, więc szukają domu z dala od ludzi.
,,Niełatwo było znaleźć dom, który spełniałby wszystkie nasze wymagania: stał na wsi, z dala od innych domów, miał trzy sypialnie, ogródek od frontu i z tyłu, był odpowiednio stary (musiał mieć ,,charakter'') i jednocześnie wypożyczony we wszystkie wygody- przede wszystkim centralne ogrzewanie, bo obie nie znosiłyśmy zimna. Okolica musiała być cicha. Dyskretna. W końcu byłyśmy myszami. Nie szukałyśmy domu. Szukałyśmy kryjówki''.
W nowym domu chcą w końcu zaznać spokoju, cieszyć się bezpieczeństwem, spokojnym życiem. Jednak pewnej nocy ten spokój zostaje zakłócony.  W ich życie znowu wkracza przemoc. I wtedy Shelly się zmienia, coś w niej pęka. Z potulnej myszki staje się drapieżnikiem.
Pewnie chcecie wiedzieć o co chodzi, czemu taki tytuł? Autor wymyślił dwie grupy ludzi- myszy i koty. Shelly uważa, że ona z mamą są myszami. Są pokorne, ciche. Myszy wolą cierpieć w milczeniu. Są ofiarami, np. tak jak Shelly jest ofiarą przemocy z rąk koleżanek. Koty, to tak jakby katy- atakują swoje ofiary, są bezlitosne. Jakby w ogóle nie miały serca. Pozbawione jakichkolwiek uczuć. Zacznę od tego, że książka jest pisana w formie pierwszoosobowej, co od razu mi się spodobało.
Na początku poznajemy życie bohaterek. Shelly opowiada nam je całe, poznajemy dobre wspomnienia i te złe. Gdy główna bohaterka opowiadała o swojej przyszłości czułam się jakby siedziała przede mną. Czułam się jakbym z nią się zaprzyjaźniła. Kibicowałam jej, żeby nie była obojętna na przemoc. Powiem szczerze, że czasami Shelly była dziecinna, czasem aż nazbyt na swój wiek. Mimo, że w książce lała się krew i takie tam, czytałam z obojętnością. Akcja wzrastała, żeby po chwili znowu zmaleć i tak ciągle. Czasem już mnie nawet to nudziło. Powiem szczerze, że nie przeczytałam jej do końca, chociaż teraz właśnie przeczytałam kilka kartek aż do końca.
Zakończenie jest nawet okej, takie zwyczajne. Z początku myślałam, że będę zadowolona z książki, jednak trochę mnie rozczarowała. Jakoś niezbyt przypadła mi do gustu. Autor piszę prostym językiem, zrozumiałym. Jednak między kartkami, porusza trochę trudny temat, jakim jest przemoc. Shelly nie umie sobie z nią radzić. Tekst rozważa granicę wytrzymałości ludzkiej psychiki wystawianej na kolejne próby, udowadniając, że nawet osoby łagodnie ustosunkowane (myszy), w obliczu niebezpieczeństwa i przypływie silnych emocji są w stanie z ofiary przeobrazić się w myśliwego (kota). Książka zmusza do myślenia. Jedno z pytań, które może się pojawić jest to, kiedy ofiara zmienia się w kata? Wtedy, gdy ktoś krzywdzi jej bliskich? A może kiedy ktoś ją do tego prowokuje? Uważam, że Shelly miała już dość tego wszystkiego. Miała dość koszmaru. Najpierw przemoc ze strony koleżanek, a potem zakłócony spokój. Ta książka pokazuje, że milczenie nie jest najlepszym wyjściem, tak samo jak przemoc. Mimo rozczarowania myślę, że książka jest warta przeczytania.